Jeśli przyjrzeć się dokładnie produkowanym we współczesnych Indiach, nawiązującym do tradycyjnych instrumentom strunowym, okaże się, że widnieje na nich metka z polskim nazwiskiem. Zapomniane na subkontynencie dźwięki pomógł tamtejszym lutnikom wskrzesić Tomasz Podgórski, katowicki grafik, muzyk i kompozytor.
Opowiadając o kolejnych krokach swojej twórczej i zawodowej ścieżki, najczęściej używa słowa „przypadek”. Zaraz jednak okazuje się, że oprócz szczęśliwego zrządzenia losu prowadzą go talent, pasja, potrzeba własnego wyrazu i samokształcenie. Niedoszły inżynier mechanik i kulturoznawca, z wyboru informatyk, z zawodu grafik, najbardziej spełnia się na niwie muzycznej. Od lat 80. Tomasz Podgórski działa pod szyldem Rosegarden, bardziej znanym w Niemczech, Japonii i Chinach niż na Śląsku, a tym bardziej w Polsce.
Narodziny szarpidruta
Pierwsza gitara, na której grał, miała jedną strunę. Pozwalała jednak wydobyć szereg dźwięków, które układały się w punkowe melodie. Po szkole zbiegał z gitarą do piwnicy i tworzył swoje własne utwory. Wbrew cichym nadziejom rodziców, jego zapał prędko się nie skończył, więc podarowali mu prawdziwą gitarę i posłali syna na zajęcia do Pałacu Młodzieży w Katowicach, by uczył się grać klasykę.
- Kompletnie mi to nie leżało – przyznaje muzyk. - Chciałem robić coś swojego, a nie przez dwie godziny dziennie ćwiczyć tzw. palcówki.
Wszystko się zmieniło, gdy tata przywiózł mu z delegacji pierwszy syntezator. Pod ręką miał nagle każdy instrument: trąbkę, pianino, sekcję rytmiczną. Zaczął realizować swoją własną wizję muzyki, nieco eksperymentalną, mroczną, łączącą elektronikę z rockiem, metalem, klasyką.
Do szkoły muzycznej jednak nie poszedł. W technikum okrzyknięto go humanistą, więc zamiast na politechnikę, poszedł studiować kulturoznawstwo. Tam jeden z wykładowców próbował mu udowodnić, że jednak humanistą nie jest, więc… skończył informatykę w Śląskiej Wyższej Szkole Zarządzania im. Gen. Jerzego Ziętka w Katowicach, łącząc coraz ciekawsze perspektywy, jakie otwierała przed nim praca grafika z zamiłowaniem do komputerów.
Zgubne szkice
Pracował od ukończenia średniej szkoły średniej - w agencji reklamowej. Pracodawca szukał kogoś zupełnie innego, ale przekonały go rysunki Tomasza.
- Po trzech latach pracy na stanowisku roboczym, na którym wycinałem folię reklamową, prezes wezwał mnie do siebie. Poszedłem z duszą na ramieniu zastanawiając się, co przeskrobałem. Podejrzewałem, że ktoś podejrzał, jak w godzinach pracy coś sobie maluję - przypomina sobie Tomasz Podgórski. - W gabinecie faktycznie usłyszałem: „No widziałem te twoje rysunki”. Tylko, że zamiast mnie zwolnić, szef zaproponował stanowisko grafika w dziele kreacji. Wpadłem w panikę, bo nie miałem prawie żadnego doświadczenia z komputerami.
Nauczył się wszystkiego w kilka miesięcy. Praca w kolejnych firmach i agencjach kreatywnych dały mu szansę rozwoju w sferze projektowania graficznego. Komputery i oprogramowanie dawały coraz większe możliwości: Photoshop, Flash, pierwsze programy do tworzenia grafiki trójwymiarowej. To z kolei otwarło drogę do kreacji na potrzeby gier komputerowych.
Głos z piekła rodem
Po godzinach Tomasz pozostał muzykiem. Utrzymuje, że współpraca z innymi muzykami również była dziełem przypadku. Z walkmanem na uszach, z którego odsłuchiwał nagrane przez siebie na magnetofonie kawałki zawędrował kiedyś do sklepu muzycznego.
- Dziewczyna, która tam sprzedawała, puściła moją taśmę, uśmiechnęła się i powiedziała: a ja gram na basie. Bardzo jej się podobało to, co robiłem. I tak została moją basistką – przypomina sobie.
W krótkim czasie dołączył do nich perkusista. W 1991 roku zagrali pierwszy koncert.
- Jak na tamte czasy graliśmy bardzo awangardowo. W Mysłowicach, gdzie wystąpiliśmy, działały wówczas głównie grupy bluesowe i postpunkowe. Publiczność zmarła – opowiada Tomasz. - Wrażenie musiało być dziwne. Na scenie stała drobniutka dziewczynka z ogromnym basem, perkusista, który do dzisiaj ma pseudonim Bóbr, bo gdy gra, z pałeczek zostają wióry. I na końcu chuda postać z głosem prosto z piekieł.
Początki Rosegarden były gotycko-rockowe: gitara, bass, perkusja, wokal, elektronika. Z roku na rok pojawiały się nowe inspiracje - klimaty industrialne, darkwave, muzyka filmowa, ethno. Od 1995 r. Tomasz zaczął pracować nad materiałem na pierwszą oficjalną płytę. Po dwóch latach był gotowy. Rozesłał demo do kilkudziesięciu wytwórni – krajowych i zagranicznych. Odpowiedź przyszła z Hyperium – dużej, niezależnej wytwórni w Norymbergii w Niemczech.
Nagrana we wrocławskim Tuba Records płyta trafiła głównie na rynek zachodnioeuropejski. Pech chciał, że po dwóch latach współpracy, po wydaniu drugiego albumu, właściciel Hyperium zginął tragicznie w wypadku samochodowym. Ale powstały kolejne płyty – paradoksalnie żadna nie znalazła polskiego dystrybutora.
Dziewięć pieśni
Tomasz komponował też muzykę do sztuk teatralnych. Jest też autorem ścieżki dźwiękowej do debiutu filmowego Radosława Markiewicza pt. „Złom”. Film odniósł sukces na Festiwalu Filmowym w Sundance, a po nim również w Polsce. Współpraca na jakiś czas się urwała, jednak jest szansa, że podkład do czwartego filmu katowickiego reżysera znowu skomponuje Tomasz Podgórski.
Nie będzie jednak raczej przypominać pierwszych dokonań Rosegarden. Łatwo dojść do takich wniosków porównując wydanie „Novenny” z 1997 roku z jej reedycją z ubiegłego roku, pełną brzmienia Wschodu. I przyczyna tego nie tkwi tylko w chińskim producencie.
- Na początku byłem pewny, że to jest żart. Autor listu, jaki otrzymałem pocztą elektroniczną, nosił nazwisko Li Xu i twierdził, że od kilku lat próbował do mnie dotrzeć. Miał naszą pierwszą płytę i chciał ten materiał wydać na nowo we własnej wytwórni, albo przygotować zupełnie nowy. Domagali się tego rzekomo fani w Chinach! List zignorowałem.
Drugiego już nie mógł. Okazało się, że wytwórnia DyingArt rzeczywiście istnieje. Jest dość prężnym, niezależnym producentem na rynek wschodni, porównywanym do amerykańskiego Black Storm. Stare kompozycje zostały przearanżowane, rockowe brzmienia wzbogacone poprzez wykorzystanie instrumentów etnicznych – arabskich lutni, tureckich bębnów, przeszkadzajek, średniowiecznych fletów. Tomasz gra na nich osobiście. Od kilku lat kolekcjonuje wschodnie instrumenty. Od około pięciu lat sam projektuje instrumenty przynależne kulturze indyjskiej!
Śpiew Gangesu
Zaczęło się od prezentu od przyjaciela, który wrócił z Indii. Tomasz poprosił go o drobną pamiątkę, grzechotkę, albo flet. Dostał coś znacznie cenniejszego. Duże, czarne pudło, przypominało bardziej futerał na militarny gadżet, niż instrument.
- Już wiedziałem, co jest w środku ... Mój pierwszy sitar! – przypomina sobie Tomasz. - Wyciągnąłem go, założyłem na palce mizrab (plektron do gry), usiadłem i nieśmiało zacząłem grać. Mój znajomy osłupiał: „Skąd wiedziałeś jak na tym się gra, nigdy przecież nie miałeś go w ręku”? A ja marzyłem o indyjskim sitarze, choć posiadanie go wydawało mi się tak nieosiągalne!
W krótkim czasie Tomasz do swojego ćwiczebnego, jak się okazało, instrumentu dokupił kolejny. Internetowe znajomości z hinduskimi lutnikami zaowocowały coraz bogatszą wiedzą i kolejnymi zdobyczami z aukcji internetowych. Tak stał się kolekcjonerem instrumentów orientalnych z kręgu muzyki tureckiej, arabskiej, chińskiej wietnamskiej. Przełomem okazał się jednak hinduski esraj, instrument strunowy - pierwszy w kolekcji muzyka, na którym gra się smyczkiem. Poszukiwanie jego korzeni zawiodło Tomasza do ryciny tausu – instrumentu o kształcie pawia. Okazało się jednak, że nikt już takich współcześnie nie robi.
- Drążyłem tak długo aż moi znajomi hindusi, zgodzili się go wykonać według projektu, który im wyślę, choć nie gwarantowali brzmienia. Z początku nieufni w powodzenie pomysłu, byli zachwyceni pierwszymi rysunkami. Wykonali dla mnie taus i… zamówili projekt kolejnego instrumentu.
Serce ze Wschodu
Wieści szybko się rozniosły i Tomasz Podgórski został czołowym projektantem dla Sathyadeep Musical Palace, jednego z najważniejszych producentów tradycyjnych instrumentów w Indiach. Sygnowana jego nazwiskiem kolekcja liczy już: sitar, taus, surbahar i santur. Cztery kolejne instrumenty powstaną już niebawem.
Jak pogodzić działalność muzyczną, kompozytorską i designerską oraz codzienną pracę grafika, która pozwala zarobić na muzyczne hobby? Na razie się udaje, choć bywa ciężko, bo presja i rutyna nie pomagają w pracy twórczej. Tomasz Podgórski pół żartem przyznaje, że na razie najbardziej potrzebuje dobrego menedżera, który zająłby się sprawami organizacyjnymi. A potem… może wreszcie odbyć podróż do Indii.
- Mam zaproszenie, by odwiedzić moich lutników w Delhi, Miraj, Puttaparthy. Chciałbym popatrzeć, popracować z nimi i być może za jakieś 3-5 lat, zacząć robić instrumenty samodzielnie.
Anna Kontek
Warto wiedzieć:
Tomasz Podgórski
- Jest multiinstrumentalistą, kolekcjonerem instrumentów orientalnych, projektantem nowych instrumentów indyjskich.
- Pod szyldem Rosegarden na rynek muzyczny trafiło pięć jego płyt: „Novenna”, „Body With Sunlight”, „Crossing The Streams”, „Buomechanoid Blues”, „Novenna Re-issue”.
- Ma na swoim koncie cztery ścieżki do spektakli teatru ruchu Gry i Ludzie: „Lustro”, „Anioly”, „Miłość według Sary Kane”, „Face lifting”.
- Jest autorem ścieżki dźwiękowej do filmu „ZŁOM”, który zdobył Nagrodę Specjalną Jury Festiwalu Filmów Fabularnych Gdynia 2002.
- Obecnie, poza tworzeniem nowego albumu dla Rosegarden, współpracuje z polsko-ukraińską grupa Le Plastique Mystification i pracuje jako grafik kreatywny w firmie usługowej w Katowicach.