Polska to dziwny kraj – mawiał swego czasu Zulu – Gula w swoim programie satyrycznym. Z perspektywy czasu patrząc, miał rację. Weźmy pierwszy z brzegu przykład. Najpierw postawiliśmy na Europę, ale kiedy po europejsku przyszło nam żyć, myśleć i głównie pracować, okazało się, że ta wymarzona Europa nie jest już tak bliska naszym sercom. Dobrze, że weszliśmy do Unii Europejskiej, jeszcze lepiej, że z unijnych korzystać możemy pieniędzy, świetnie, że w miejsce paszportu zabieramy dowód osobisty… Źle, kiedy się od nas czegoś wymaga. A wymogi rzeczywiście są.
Wraz z przemianami gospodarczymi wiele firm musiało zmienić strukturę, by nadal funkcjonować. Co za tym idzie, poznaliśmy słowo-paralizator: bezrobocie. Automatycznie dołączyło do niego kolejne, nowe określenie: przekwalifikowanie, a wraz z nim pojawił się problem zdaniem jednych, szansa z punktu widzenia drugich. Ci drudzy, rzecz jasna, byli w mniejszości. Przynajmniej początkowo.
Ci pierwsi, chcąc jakoś egzystować, po licznych zwolnieniach, podjęli trud zmiany wyuczonego zawodu, bo czasy, kiedy to posiadając wymarzone wykształcenie można było do końca życia być spokojnym o swój byt, dawno odeszły w niepamięć.
- No też wymyślił! – usłyszałam w słuchawce nerwowy głos, Kaśki, mojej koleżanki, której zaproponowano, by poszerzyła kwalifikacje, bo w przeciwnym razie będzie musiała odejść z pracy. Irytowała się przez kilkanaście minut, że nie będzie dojeżdżała do Wrocławia, że nie zostawi dzieci bez opieki na weekendy, że nie ma głowy do studiowania. Nie zauważyła nawet, że to kurs, nie studia, tak bardzo nastawiła się na „nie”. Nie pomagało nic. Durny szef i koniec. Ona woli zostać zwolniona, niż tracić czas na dojazdy i marnować weekendy, które zawsze spędza z rodziną. W dodatku ta rodzina oczywiście bez niej nie da sobie rady.
Zaprosiłam ją na wieczór do siebie. Niespodziewanie odwiedziła mnie Jolka. Dziewczyna operatywna, iberystka z wykształcenia. Posłuchała narzekań Kaśki i nagle powiedziała, niby zwracając się do mnie: - Pamiętasz jak zaczynałam studia podyplomowe? Wczoraj się obroniłam. I natychmiast pomyślałam o kolejnych. Zawsze to jakaś odskocznia. Zdobywasz nowe kwalifikacje, a przy okazji poznajesz ludzi, odrywasz się od codziennych obowiązków, starasz się bardziej o siebie dbać, wszyscy naokoło bardziej cię kochają, bo rzadziej cię widzą. Możesz zweryfikować swoje poglądy z tym, co myślą inni, nawet mąż dostrzega, że jesteś zmęczona, choć wcześniej nigdy tego nie widział. Słowem – same zalety, więc niby czemu miałabym tego zaniechać? – wyrzekła jednym tchem i szelmowsko się uśmiechnęła.
Kaśkę jakby piorun raził. Przez jakiś czas miejsca sobie znaleźć nie mogła, wreszcie stwierdziła, że czas na nią, musi wracać do domu. Dwa dni później zadzwonił telefon. – Możesz mnie skontaktować z tą twoją koleżanką? – zapytała. Zupełnie mnie nie zdziwiło, kiedy po tygodniu stanęła w drzwiach rozpromieniona.
- W kadrach już szykowano dla mnie wypowiedzenie. Zdążyłam w ostatniej chwili – powiedziała. – Na kursie są bardzo konkretni ludzie. Chyba połknęłam bakcyla. Grafika komputerowa po prostu mnie wciągnęła. W domu świetnie sobie beze mnie radzą… - mówiła bez końca.
Jak widać, nie taki diabeł straszny, jak go malują. Wiele osób blokuje się na samo wspomnienie o tym, że będą musieli się przekwalifikować. Nie rozumieją, że to szansa, jaką daje im pracodawca. Dopiero później pojmują, że ktoś otworzył przed nimi okno do innego świata. Dlaczego tak się dzieje? Polska to bez wątpienia dziwny kraj, ale i Polacy to wyjątkowo dziwny naród. Nie lubimy zmian, boimy się tego, co nieznane, uciekamy przed nowym, częstokroć nie wiedząc nawet, ile możemy zyskać. Krytykujemy w przedbiegach, a dopiero przyciśnięci do muru, rozpoczynamy podróż w nieznane, na myśl o którym dostajemy gęsiej skórki. Zadziwiające, że później jesteśmy zadowoleni z drogi, którą pójść musieliśmy z konieczności.
Dodatkowe wykształcenie nigdy nie jest balastem. Nie ważne, w jakim wieku, każdy może znaleźć coś dla siebie i w najmniej oczekiwanym momencie odmienić swoje życie. Na lepsze, oczywiście.
Teresa Szczepanek