Gotowi na zmiany?

Polska jest w czołówce krajów europejskich, które mają najwyższy odsetek osób z wykształceniem średnim – aż 85,80 %. Wyprzedzają nas tylko Czesi. Dlaczego zatem jednocześnie jesteśmy na szczycie listy państw o najwyższym w Europie bezrobociu i największej grupie osób długotrwale bezrobotnych? Bo serwowana w polskiej szkole wiedza nie przystaje do dzisiejszego, dynamicznie zmieniającego się świata, a my niechętnie poszukujemy dodatkowej w dorosłym życiu.

Jesteśmy krajem boomu edukacyjnego. Jak czytamy w raporcie „Kapitał intelektualny Polski” sporządzonym w 2008 roku na zlecenie prezesa rady ministrów, liczba studentów wyższych uczelni zwiększyła się z 394 tys. w roku akademickim 1990/1991 do prawie 2 mln. Prawie połowa Polaków w wieku od 19 do 24 lat nadal się kształci, co daje nam jeden z najwyższych poziomów w Europie. Na każde 10 tysięcy mieszkańców kraju przypada 500 studentów, co gwarantuje szósty wynik na świecie! Jednak, jak twierdzą specjaliści ten rozwój ma charakter głównie ilościowy.

Wzrosła liczba studentów, kierunków studiów i wreszcie samych uczelni, ale jakość – niekoniecznie. Nadal niewielka liczba polskich uczelni figuruje na tzw. liście szanghajskiej prestiżowym rankingu najlepszych uniwersytetów na świecie. W konkurencyjnym rankingu École des Mines de Paris wśród najlepszych blisko 400 uniwersytetów świata nie ma żadnej polskiej uczelni.

Potrzebna lekcja rzetelności

Problem zaczyna się już na etapie nauki w gimnazjach i szkołach ponadgimnazjalnych. W ocenie przedsiębiorców polski system kształcenia jest słabo dostosowany do potrzeb rynku pracy: Nauczanie powinno się odbywać w systemie kompetencyjnym. Powinno być nastawione na zdobywanie konkretnych umiejętności i rozwiązywanie problemów.

Tymczasem obecne programy nauczania są nastawione na proces nauczania, a nie na efekt. Absolwent zna teorię, ale nie posiada praktycznych umiejętności, na których najbardziej zależy pracodawcom – podkreśla Paweł Sarnecki z Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan. Najbardziej drastycznym dowodem tego są egzaminy zawodowe. Absolwenci muszą na nich opisywać, z której strony włącza się maszynę, ale nie wykonują żadnego przedmiotu z jej użyciem. Kolejny problem to brak kompetencji społecznych. Szkoła uczy rywalizacji i pracy indywidualnej, ale nie współpracy w grupie. Nie pomaga też rozwijać takich umiejętności cenionych w pracy jak odpowiedzialność, rzetelność i sumienność dodaje.

Stosunkowo najlepiej wypadają w tym względzie wyższe szkoły techniczne. Koncentrują się na praktycznych umiejętnościach, a jednocześnie nie zaniedbują kształcenia ogólnego, które przygotowuje studentów do tego, że w przyszłości, już jako pracownicy będą musieli uczyć się przez całe życie.

Pokusa dla przedsiębiorców

Słabości wynikają z kilku czynników. Pierwszym z nich jest niski poziom współpracy między uczelniami wyższymi, a przemysłem. Zajmujemy w Unii Europejskiej trzecie miejsce od końca. W dziedzinie innowacji taka kooperacja dotyczy tylko ok. 12% dużych firm. Brakuje badań naukowych. Na Badania i Rozwój wydajemy tylko 0,56% Produktu Krajowego Brutto, podczas gdy przodująca w tym zakresie Szwecja aż 3,73%. To wszystko rzutuje na brak wiedzy sektora edukacji o potrzebach przedsiębiorstw. Drugim jest brak porozumienia na niższym szczeblu kształcenia.

Szkoły średnie i zawodowe nie współpracują z lokalnymi przedsiębiorstwami. Ale też nie ma mechanizmów zachęcających do takiej współpracy np. ulg dla przedsiębiorców wspierających placówki edukacyjne. Opór jest również ze strony dyrektorów szkół i nauczycieli, bo taka praca wymaga dodatkowego wysiłku, a nie jest doceniana. Rozwiązaniem byłoby stworzenie centralnego monitoringu poziomu zatrudnienia absolwentów szkół ponadgimnazjalnych – podpowiada Paweł Sarnecki. – Te, które kształciłyby zgodnie z potrzebami rynku pracy, byłyby najbardziej aktywne, mogłyby liczyć na dodatkowe dofinansowanie. Dla uczniów byłby to sygnał, w których szkołach opłaca się kształcić.

 

 

Niewygodny aktywny pracownik

Jest jednak również druga strona medalu, widoczna zwłaszcza w kształceniu osób dorosłych. Można odnieść wrażenie, że niektórym pracodawcom w ogóle nie zależy na podnoszeniu kwalifikacji przed podwładnych.

– Średnio 40-45 osób, które zapisały się do klasy, naukę kończy średnio 15. W niektórych przypadkach stygnie zapał do uczenia się, inni natrafiają na opór pracodawcy. Bardzo często szefowie nie chcą zwalniać pracowników na zajęcia w szkole. Niektórzy nie pozwalają nam nawet na akcję informacyjną na temat szkoły na terenie zakładu – mówi Joanna Wyga, dyrektor Centrum Kształcenia Ustawicznego w Częstochowie.

– Nie interesują ich również formalne kwalifikacje czyli np. zdane egzaminy zawodowe przed Państwową Komisją Egzaminacyjną. Wystarczy ukończenie szkoły i przyuczenie na stanowisku. Problem zaczyna się wtedy, gdy ta osoba ponownie traci zatrudnienie. Inaczej jest za granicą. Tam świadectwo zaliczenia egzaminu państwowego otwiera drogę do lepszej pracy. Dlatego część ludzi, którzy z niego zrezygnowali, wraca. Na szczęście, jak zauważają dyrektorzy szkół dla dorosłych, w tym roku jest szansa na przebudzenie. Chętni już pytają o kierunki kształcenia, choć nabór dopiero wystartował i potrwa do końca sierpnia. Jest szansa na to, że ci, którzy się zgłoszą, starsi i bardziej świadomi, po co wracają do szkoły, zmienią niekorzystne statystyki.

 

Anna Kontek